Z
Andrzejem Kramarzem rozmawiamy o jego najnowszym albumie "Rzeczy",
który ukazał się właśnie nakładem Muzeum Etnograficznego w Krakowie.
W albumie znajdziemy Pańskie zdjęcia z krakowskich Grzegórzek. Dlaczego postanowił Pan sfotografować właśnie to miejsce?
Tak naprawdę tematem zdjęć nie są Grzegórzki, tylko rzeczy. A skąd
się wziął pomysł? Wydaje mi się, że nie możemy żyć bez rzeczy. Rzeczy
nas opisują. Ubrania, samochody. Wszystko co człowiek wygenerował,
wykreował. Na jednym końcu mojego zainteresowania jest ludzka
kreatywność, fascynująca kreatywność. Gdy fotografuję rzeczy, od razu
widzę oczami wyobraźni pierwszy nóż wykonany przez człowieka, wyciosany
z kamienia. A Grzegórzki? Nigdy nie patrzyłem na nie jak na temat,
obiekt. Chodziłem tam od lat. Pewnego dnia mnie ten zalew rzeczy tam
mnie olśnił. Wyobraźmy sobie, że wchodzimy do domu i nie ma tam żadnych
rzeczy. O to chodzi. To rzeczy mnie interesują. Czy ten przedmiot był
komuś potrzebny czy nie. I teraz wchodzę pod Halę Targową i widzę
cudowny patchwork. Najbardziej fascynujące dla mnie jest to, że tak
naprawdę nie możemy się dowiedzieć historii danego przedmiotu. Możemy
sobie coś wyobrażać - czemu ten przedmiot nie jest komuś potrzebny,
skoro go ktoś sprzedaje. I czy on jest potrzebny, bo go ktoś kupuje. Do
tego dochodzi coś, co mnie bardzo interesuje, czyli element
socjologiczny. 20 lat temu Grzegórzki wyglądały przecież zupełnie
inaczej. Dzisiaj sprzedawane jest to, co jakiś pijaczek wygrzebie na
strychu, a z drugiej strony targowisko odpowiada na współczesne
zapotrzebowanie. Stąd na przykład stoisko z ładowarkami do telefonu czy
bebechami do komputerów. Kilkadziesiąt lat temu ich nie było. To też
pewien nośnik informacji o naszych czasach. I wreszcie album jest
wynikiem tego, co mnie- już ściśle w fotografii - fascynuje. Samo
pokazywanie rzeczy. Fotografuję np. nożyczki. To najprostsza fotografia
na świecie, nikt czegoś prostszego nie wymyślił.
Czy czuje się Pan w jakimś stopniu historykiem?
Nie. Ale interesuje mnie pamięć i to, co jest "pozazdjęciowe". To
znaczy - wydaje mi się, że obiekt - jakikolwiek, na przykład telefon
komórkowy - jest niedopowiedziany. Dopowiedzeniem jest to, co jest w
naszej wyobraźni i nasza wiedza na ten temat. Fascynuje mnie cała ta
historia "pozazdjęciowa" - bo nie jest widoczna i jest zależna od
odbiorcy.
Czy próbuje sobie Pan te historie uzupełniać? Dopytuje
ludzi, skąd się wzięła dana rzecz, kto się nią posługiwał, czy stawia
tylko na swoją wyobraźnię?
Ten album jest tak skonstruowany, jest w nim taka masa rzeczy, że
jedno zdjęcie można oglądać godzinami. To co lubię jeszcze na tych
zdjęciach, to taka metafizyka małego społeczeństwa na każdej
fotografii. Mamy gwoździe, obok leży Święta Rodzina, jeszcze obok nóż.
To tak jak wśród ludzi. Mieszkamy sobie w bloku, a obok, za ścianą mamy
sąsiada, który jest od nas kompletnie różny. Dla mnie to jest kosmos.
Straszny kosmos, olbrzymi. I gdybym chciał dopytywać o każdą rzecz,
wchodzić w jej historię. To tak jak Gombrowicz pisał - dlaczego mam
pomagać temu żuczkowi, skoro obok jest następny, i jeszcze następny. To
raczej intuicyjne. Gdy ktoś chce coś powiedzieć, nawiązać rozmowę, to
pytam. Ale to nie są badania naukowe.
Woli Pan fotografować rzeczy czy ludzi?
Myślę, że cały czas fotografuję ludzi. Bardzo to jest przekorne.
Wyszedłem w swojej pracy od fotografii humanistycznej. Uważam, że to,
co robię z Weroniką Łodzińską, czyli "Dom", to tak naprawdę są
opowiadania o ludziach przez dom. Nie interesowałyby mnie te zdjęcia,
gdyby za nimi nie stał człowiek. Niby mówię o rzeczach, ale dla mnie to
raczej metafora.
Fotografuje Pan bardzo realistycznie, nie bawi się w żadne komputerowe upiększanie rzeczywistości. Dlaczego?
Dlatego że dla mnie to rzeczywistość jest największą zagadką. Ja
tak naprawdę nic ze świata nie rozumiem. Próbuję zrozumieć cokolwiek,
ale nie wydaje mi się, żebym był mądrzejszy niż 10 lat temu. Moje
zdjęcia to są pytania, które sobie zadaję. Tak jestem skonstruowany, że
gdybym przed fotografowaniem znał odpowiedź na jakieś pytanie, w ogóle
nie chciałbym zrobić zdjęcia. To zmaganie z materią - i to zmaganie
jest dla mnie najciekawsze. To tak jak z rozwiązywaniem zadania. Jak
się już pozna wynik, nie ma już takiej przyjemności, jak wtedy, gdy go
szukaliśmy. Nie mówię, że w życiu można poznać jakąkolwiek ostateczną
odpowiedź - ale dla mnie powodem, dla którego biorę do ręki aparat,
jest właśnie szukanie odpowiedzi. Kiedyś kombinowałem z kompozycją,
tajemnicą. Potem dochodzi się do momentu, że ma się patent na dobrą
fotkę. I mnie to po prostu znudziło. Jeśli ktoś to lubi - ok. Nie mam
nic przeciw takiemu fotografowaniu. Ja już po prostu tak nie potrafię.
Dla mnie ważne jest przedstawienie: oto ten pan, oto ta pani. A co się
dalej dzieje, to kwestia naszej wyobraźni.
Gdzie będzie dostępny Pański album?
Będzie dystrybuowany przez krakowskie Muzeum Etnograficzne. Będzie
też dostępny w księgarni w Zachęcie, w CSW, w Bunkrze Sztuki.
Rozmawiała Monika Frenkiel