[2009-11-15 01:38:38]
Cały kłopot polega na tym, że głupcy są pewni siebie, a mądrzy pełni wątpliwości. Otto Szmidt
[2009-10-08 15:58:53]
Próbowałam wczoraj pochylić się nad nijakim Ruudem.... Przyznaję, nie dałam rady... Większy kąt nachylenia groziłby upadkiem, i to na to samo dno - na którym ów Ruud leży jak długi. Brrrrrr takie przeżycie musiałoby być czymś obrzydliwym. I tak mój intelekt ma do mnie żal, za katusze na które go naraziłam - zmuszając do działania na takim poziomie... Niżej, to już tylko młot, kilof, łopata - poza ogrodem - nie posługuję się takimi narzędziami.
[2009-10-07 09:59:12]
James Nachtway - fotoreporter wojenny
Piotr Ślósarski /
James Nachtwey jest jednym z czołowych współczesnych fotoreporterów. Obserwował większość konfliktów zbrojnych drugiej połowy XX wieku. Dzięki charakterystycznemu stylowi i wrażliwości jego obrazy są wyjątkowym zapisem ludzkich tragedii.
Urodził się w 1948 roku w Syracuse w stanie New York. Dorastał w Leominster w Massachusetts. W latach 1966-70 studiował historię sztuki i nauki polityczne w college'u w Dartmouth. Wtedy zainspirowany efektem jaki wywarły fotografie z wojny Wietnamskiej na amerykańskim społeczeństwie i polityce zagranicznej kraju postanowił zostać fotografem. Był młody, zdeterminowany, miał cel. Rzemiosła uczył się sam. Studiował prace mistrzów fotografii: Henri Cartier-Bressona, Gene Smitha, Josefa Koudelki, Dona McCullina. W wynajmowanej ciemni fotograficznej zdobywał praktyczne umiejętności obróbki materiałów. W tym czasie aby zarobić na życie imał się różnych zawodów. Pracował jako stażysta przy redagowaniu newsów telewizyjnych dla jednej ze stacji, był marynarzem floty handlowej oraz kierowcą ciężarówki. Wykonując te zawody nabył wiele umiejętności przydatnych w późniejszej pracy fotoreportera.
W końcu w 1976 roku podjął pracę w wymarzonym zawodzie. Przez cztery lata fotografował dla jednej z lokalnych gazet w Nowym Meksyku. Gdy próbując sił jako wolny strzelec przybył do Nowego Jorku, miał 32 lata.
Jako fotograf po raz pierwszy zetknął się z przemocą w Bostonie. Dokumentował konflikt w sprawie integracji rasowej w szkołach publicznych. Fotografując jeden z protestów zabłąkał się w boczną ulicę, gdzie został otoczony przez gang młodzieżowy. Jeden z wyrostków zaatakował go jednak poprzez rozmowę udało się Nachtweyowi ułagodzić sytuacją i bezpiecznie opuścić miejsce.
Po tym incydencie nie miał dość. Wkrótce wysłano go do Irlandii Północnej, gdzie dziesięciu więźniów z IRA zagłodziło się w formie protestu. Ulice wrzały. Dla Nachtweya było to ważne doświadczenie a zarazem pewien przełom w karierze i stosunku do zawodu. Zrozumiał wartość swojej pracy i jej siłę oddziaływania. Poczuł, że ma na coś wpływ. Od tego czasu poświęcił się dokumentowaniu konfliktów, wojen i problemów społecznych na całym świecie. Miejsca, w których pracował długo by wymieniać. Był właściwie wszędzie gdzie działo się coś ważnego: od Salwadoru, przez Somalię, Bałkany po Czeczenię. Dzięki zawodowemu szczęściu był naocznym świadkiem ataku na World Trade Center 11 września 2001 roku i jednym z dwóch fotografów, którzy działali w samym centrum wydarzeń.
Realizację wielu materiałów musiał finansować sam. Tak było w przypadku pracy nad tematem rumuńskich sierot czy głodu w Somalii. W obu przypadkach jego zdjęcia wywołały szersze zainteresowanie mediów tymi problemami.
"Myślę, że najprostsze co mogą zrobić ludzie, po zetknięciu się w środkach przekazu z niesprawiedliwością i zbrodniami przeciwko ludzkości, jest zainteresowanie się tymi sprawami. Powinni nosić tą świadomość gdzieś w sobie i nie odwracać się od niej. Jeśli to wymaga wysiłku powinni zdobyć się na niego. Powinni poświęcić trochę czasu, pomyśleć o tym, porozmawiać z innymi ludźmi. W ten sposób tworzy się i żyje opinia publiczna. Krokiem dalej jest skontaktowanie się z odpowiednim urzędnikiem Organizacji Narodów Zjednoczonych, ambasadorem, Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Wysłanie listu. Pokazanie im: "Wiem co się dzieje. Trzeba coś z tym zrobić. To niedopuszczalne." Myślę, że to kwestia odwagi posiadania własnej opinii i stania się częścią grupy wywierającej wpływ. Siła w demokracji składa się z wielu indywidualnych głosów występujących razem. Właśnie ich rządzący muszą słuchać. To działa. [...] W znacznym stopniu przyczyniło się to do szybszego wycofania wojsk amerykańskich z Wietnamu. Wymusiło zmianę polityki USA w ameryce łacińskiej. Zainicjowało pomoc głodującym w Etiopii, południowym Sudanie i Somalii. Olbrzymie wsparcie i zrozumienie dla interwencji w Kosowie także przyniosło ważne skutki. [...] Rezultatów na pewno nie przyniesie brak działania. To zawsze jakaś opcja, ale co dobrego ona daje? W Rwandzie od pół miliona do miliona ludzi zginęły gdy my nic nie robiliśmy. Czy ktokolwiek jest z tego powodu dumny? Nie sądzę."
Jakość przekazu jest kluczowa. Zdjęcia kadruje precyzyjnie. Obraz jest czysty i atrakcyjny mimo okropieństwa jego treści. Takie zdjęcie trudniej jest zignorować i lepiej zapada w pamięć. Nie chce aby jego prace traktować przez to jak sztukę, co nieraz mu zarzucano. Uważa, że przede wszystkim powinniśmy dostrzegać treść tych fotografii. Dlatego dąży do przejrzystości ułatwiającej odebranie przekazu.
Styl jego fotografii odzwierciedla podejście do ludzi i sytuacji. Pracuje spokojnie i łagodnie, traktując ludzi przed obiektywem z szacunkiem. Stara się nawiązać z nimi kontakt, tak by w pewnym stopniu aktywnie uczestniczyli w tworzeniu fotografii. Jest zawsze blisko tematu, co wywołuje u oglądającego wrażenie uczestnictwa w przedstawianym na fotografii wydarzeniu. Stosuje w tym celu obiektyw szerokokątny, który "widzi" podobnie jak oko ludzkie.
Podczas pracy styka się z różnymi sytuacjami. Czasami z takimi gdzie od fotografowania pilniejsza jest bezpośrednia pomoc. Odkłada wtedy aparat i wyciąga ręką. Kilkakrotnie ryzykował własnym życiem gdy ratował je innym. Tak było na Haiti gdzie bronił człowieka przed zlinczowaniem przez tłum. W podobnej sytuacji w RPA został poturbowany, jednak uniknął poważniejszych obrażeń.
Dzięki determinacji i uporowi wiele osiągnął. Był kontraktowym fotografem magazynu Time,
pełnoprawnym członkiem agencji Magnum. Jest jednym z założycieli agencji VII. Jego prace wystawiane są w znanych galeriach na całym świecie. Publikuje je Time, Life, N.Y. Times, Newsweek, National Geographic, Stern, Geo i wiele innych. Został wyróżniony większością prestiżowych nagród. Wiele z nich otrzymał kilkakrotnie.
[2009-09-28 12:06:06]
Ideologię można dorobić do wszystkiego.... Ba! Można ją nawet zmieniać w trakcie - już rozpoczętego - twórczego procesu płodzenia takowej. Przyznam, że czytuję takie "dzieła" z niesmakiem.
[2009-09-27 22:49:38]
Bóstwa, od czasu do czasu, powinny się okurzać - również świątynie wietrzyć swoje.
[2009-09-20 21:05:03]
Rozróżniam Ludzi wartościowych, od tych - znających swoją wartość.
[2009-09-20 21:04:19]
Świat kreowaniem stoi - np.: M.Wiśniewski, Mandaryna, plf
[2009-09-13 22:39:29]
Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada. Każdy ruch przygląda się sobie, każda myśl przygląda się sobie, każde uczucie zaczyna się i nie kończy, i w końcu sam przedmiot tęsknoty robi się papierowy i nierzeczywisty. Tylko tęsknienie jest prawdziwe, uzależnia. Być tam, gdzie się nie jest, mieć to, czego się nie posiada, dotykać kogoś, kto nie istnieje. Ten stan ma naturę falującą i sprzeczną w sobie. Jest kwintesencją życia i jest przeciwko życiu. Przenika przez skórę do mięśni i kości, które zaczynają odtąd istnieć boleśnie. Nie boleć. Istnieć boleśnie - to znaczy, że podstawą ich istnienia był ból. Toteż nie ma od takiej tęsknoty ucieczki. Trzeba by było uciec poza własne ciało, a nawet poza siebie. Upijać się? Spać całe tygodnie? Zapamiętywać się w aktywności aż do amoku? Modlić się nieustannie? J.L.Wiśniewski
[2009-09-12 21:52:11]
Tęsknota, tęsknota... Uczucie najbardziej niewypowiedziane,
stan próżny wszelakiej ulgi, ucisk serca ciągły i jednostajny. S.Żeromski
[2009-09-11 13:49:07]
Charles Chaplin o swoim życiu: Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uświadomiłem sobie, że emocjonalny ból i cierpienie są tylko ostrzeżeniem dla mnie, żebym nie żył wbrew własnej prawdzie. Dziś wiem, że to się nazywa AUTENTYCZNOŚCIĄ. Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, zrozumiałem, jak żenujące jest dla innych, gdy narzucam im własne pragnienia, wiedząc, że ani nie nadszedł odpowiedni czas, ani tamta osoba nie jest na to gotowa, nawet jeśli byłem nią ja sam. Dziś wiem, że to się nazywa SZACUNKIEM DO SAMEGO SIEBIE. Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, przestałem tęsknić za innym życiem i mogłem dostrzec, że wszystko wokół mnie stanowi zaproszenie do rozwoju. Dziś wiem, że to się nazywa DOJRZAŁOŚCIĄ. Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, zrozumiałem, że zawsze i we wszystkich okolicznościach jestem we właściwym momencie i we właściwym miejscu i że wszystko, co się dzieje, jest właściwe. Od tamtej pory mogłem być spokojny. Dziś wiem, że to się nazywa WEWNĘTRZNĄ PEWNOŚCIĄ. Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, przestałem ograbiać się z wolnego czasu i przestałem tworzyć kolejne wielkie plany na przyszłość. Dziś robię tylko to, co sprawia mi radość i przyjemność, co kocham i co sprawia, że moje serce się uśmiecha. I robię to na swój sposób i we własnym tempie. Dziś wiem, że to się nazywa RZETELNOŚCIĄ. Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uwolniłem się od tego wszystkiego, co nie było dla mnie zdrowe. od potraw, ludzi, przedmiotów, sytuacji i od wszystkiego, co wciąż odciągało mnie ode mnie samego. Na początku nazywałem to “zdrowym egoizmem” Ale dziś wiem, że to MIŁOŚĆ DO SAMEGO SIEBIE. Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, przestałem chcieć zawsze mieć rację. Dzięki temu rzadziej się myliłem. Dziś wiem, że to się nazywa SKROMNOŚCIĄ. Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, wzbraniałem się przed życiem w przeszłości i troską o własną przyszłość. Teraz żyję chwilą, w której dzieje się WSZYSTKO. Żyję więc teraz każdym dniem i nazywam to DOSKONAŁOŚCIĄ. Kiedy naprawdę zacząłem kochać samego siebie, uświadomiłem sobie, że moje myślenie może uczynić ze mnie chorego nędznika. Kiedy jednak zwróciłem się do sił mojego serca, mój rozum zyskał ważnego wspólnika. Ten związek nazywam dziś MĄDROŚCIĄ SERCA. Nie musimy już się obawiać sporów, konfliktów i problemów z samymi sobą i z innymi, ponieważ nawet gwiazdy wpadają na siebie, tworząc nowe światy. Dziś wiem, że TO JEST WŁAŚNIE ŻYCIE!
[2009-09-09 12:06:42]
Jakoś tak dziwnie mi brzmią, co poniektórych zapewnienia, ze dla nich TOP-y, DNA tudzież insze wyróznienia plfotowe, nic, ale to absolutnie nic nie znaczą. Ach...i w ogóle tego nie rozumieją, dla nich zabawa się liczy... Nie wiem tylko, skąd znają wszystkie wyróżnione foty na pamięć.... I są pierwsi z gratulacjami pod takim "naznaczonymi" zdjęciami... Nie lubię takich... zapachów... A tak mi się akurat przypomniało, jak to starzy, baaardzo starzy Indianie - tacy, co to juz pogalopowali do krainy wiecznych łowów - mawiali, że PRACA uszlachetnia....
[2009-09-04 00:18:01]
Ta noc była wesoła i kolorowa jak festyn,
Ciepłe morze odbijało różne neony i ognie,
Na oświetlonych tarasach grały liczne orkiestry
A pewien mały człowieczek stał w hotelowym oknie.
Stał i tak sobie myślał: - Przyjechałem do tego kraju,
Niczego mi tu nie braknie, pokazują mi różne cuda,
I słucham tych świetnych orkiestr, a wiem, że nie dla mnie grają,
I wiem, że w tej całej imprezie jest jakaś nieprawda i złuda.
Bo kiedy tak tutaj stoję, a tam trwają głośne zabawy,
To wtedy czuję samotność, zazdrość i własną nędzę,
I myślę, że tam się dzieją jakieś miłe i ważne sprawy,
Więc wkładam koszulę i krawat i i golę się i tam pędzę.
A tam cóż? Ludzie tańczą, a inni piją likier,
Kiwają na kelnerów, kręcą w palcach podstawki od piwa,
A kiedy się dobrze przyjrzę przez swój najlepszy cwikier,
To widzę, że oni myślą, że ich też tutaj ktoś kiwa...
Też patrzą podejrzliwie na światła modnego kurortu,
A potem się nagle zrywają, płacą i idą precz
Ku nostalgicznym syrenom, pełnomorskiego portu,
Bo może tam właśnie odbywa się najważniejsza rzecz?
A taka rzecz nie istnieje. Są inne - małe i duże,
Są takie o których się pisze, i inne, o których się wie,
A jeśli nawet istnieje, to w moim dalekim biurze,
W mieście gdzie niebo jest szare, a ekspedientki są złe...
Tak myślał człowieczek. I jęczał od żalu i od kłopotu.
I siadał, i pisał do domu niespokojny i długi list,
I liczył noce, co jeszcze dzieliły go od powrotu.
A za oknami hotelu szalał bajeczny twist. A.Waligórski
[2009-09-04 00:08:52]
W obskurnym barze, najpodlejszym ze wszystkich barów
Czerwony Dżoel oszukańczo rozbił bank,
Orkiestrze rzucił hojną ręką sto dolarów,
Niech mu orkiestra gra wiązankę starych tang.
Już drży w powietrzu motyw znany i zużyty,
Co na głos pana wraca jak wierny pies,
A z nim wracają wyświechtane rekwizyty,
A Dżoel słucha i ma oczy pełne łez -
O dalekiej dziewczynie
(to było, Dżoel w Casablance)
O miłości i winie
(pamiętasz, wino miałeś w szklance)
O walczących fregatach,
Grzmiących salwą wszystkich burt,
O tajfunach i passatach,
O nieważnych dziś już datach
Które zabrał morski nurt.
W obskurnym barze, najpodlejszym chyba w świecie
Czerwony Dżoel nagle z miejsca podniósł się,
Chciał coś powiedzieć, lecz się zachwiał na parkiecie,
Chciał kogoś wołać, ale tylko szepnął: - Nie....
W orkiestrze trąbka zadławiła się falsetem
Ku leżącemu chciała podejść morska brać,
Lecz Maur potężny, królujący za bufetem
Zatrzymał wszystkich i rozkazał dalej grać
O dalekiej dziewczynie
Która umarła w Casablance,
O miłości i winie
W stłuczonej przed pół wiekiem szklance
O walczących fregatach
Grzmiących salwą wszystkich burt,
O tajfunach i passatach,
O nieważnych dziś już datach
Które zabrał morski nurt. A.Waligórski
[2009-08-31 13:18:03]
"
Ktoś wywołał, ktoś zamieszał, kilku innych się oburzyło i tak powstał temat chamstwa toczącego, obecną tu, wirtualną przestrzeń. Dziennikarze skarżą się jak małe dzieci: skąd, u licha, owo zeszmacenie i podłość? Dokąd zmierza nasza umiłowana (i umęczona) ojczyzna, gdy jej wyrodne dzieci plują i klną, miast dobrym słowem braci swych wspierać? Oto jest pytanie! Pozwólcie zatem, iż ja stanowisko w tej sprawie zajmę, jako żywotnie zainteresowany sprawami mego kraju. Gdzie nie spojrzeć, z pomiędzy drukarską literą zadrukowanych stron wyziera przerażenie, któremu nie sposób odmówić pewnej dozy słuszności. Budowy wirtualnego chamowa nie pochwalamy i nic z nim wspólnego mieć nie chcemy. To jasne. A jednak coś mnie w bucie uwiera, gdy święte oburzenie pręży muskuły na redaktorskich stołkach. Chamstwo w końcu wiele ma imion i na każdą literę alfabetu. Prostak codzienny, sklepowo-uliczny, nie straszny nam (oburzonym) na dłuższą metę. Zbrukane poczucie dobrego smaku oczyścimy naprędce pierwszym lepszym Balzakiem lub choćby doniosłym inteligenckim milczeniem. Cham w urzędzie trudniejszy bywa do przełknięcia. Tak się składa, że najczęściej dzierży w swym podłym łapsku jakiś ochłap władzy i wymachuje nim w majestacie prawa. Zmuszeni paroma stemplami, wchodzimy w komnaty jego barbarzyńskie, cmokając z zachwytem nad pożałowania godną pieczarą. Cóż innego zrobić? Chyba tylko wyrzec się wszelkiej władzy i prowadzić żywot eremity. W każdym razie, prymitywizm w laurach stanowiska nie wyrządzi nam większej krzywdy, gdy z fałszywym uśmiechem przyjmiemy go dla załatwienia sprawy. Jest coś gorszego i bardziej zdradliwego. Jeśli władza sprzęgnięta z chamstwem tylko karki potrafi nam ugiąć, to autorytet mu udzielony ma zdolność łamania kręgosłupów. Wątpliwym byłoby twierdzenie, że chamstwo w państwie szerzy się samorodnie i jako twór wobec społeczeństwa obcy, zrodzony gdzieś na ludzkości manowcach, wdziera się w polskie łono i przeżera jego mięsowatość. Coś mu wyraźnie pomaga i nie mam na myśli jedynie technologii. To autorytet czyni potwora mniej obrzydliwym, oswaja go na potrzeby wymytego i wykształconego obywatela. Dzięki temu, ubranego w schludny garnitur i kompletny zestaw manier, przedstawia nam przyjaciółka uroczego Pana Chama. Kiedy zaczynamy rozmowę, okazuje się, że czytamy te same gazety, interesujemy się kulturą, odwiedzamy podobne miejsca i jesteśmy w równym stopniu ciekawi świata, ot choćby tego prowincjonalnego, w zasięgu miejskiego autobusu. Jak to się dzieje, że świat nie-chamów ze schamionym się brata i społem biesiaduje? Jak już wspomniałem, Pan Cham na chama nie wygląda. Nie posiada bodaj jednego atrybutu prostaka, w przeciwnym razie nie spotkano by go na wytwornym salonie. Chamstwo pospolite płynie ściekiem marginesu, podczas gdy Pan Cham, z inteligentem na równi, trotuarem się przechadza. Pytanie pozostaje: kto goni kogo w tym odwiecznym wyścigu – cham pana, czy pan chama? Kto w kim się rodzi, kto, by tak rzec, dla kogo? Jeśli na pierwszy rzut oka chama nie poznajesz to dlatego, iż on pozwolił ci uwierzyć w swoją niechamowatość, w swój, z chamstwem, brak powinowactwa. Tymczasem nieświadomość chama, z czasem, przynieść może jeden tylko skutek: haniebną w swym braterstwie z chamstwem komitywę.
Autorytet jest tym, co czyni chama bliższym, swojskim, równym. Jego zachowanie usprawiedliwionym będzie o tyle, o ile edykt akceptacji ponad jego głową zostanie ogłoszony. Z góry wszystko płynie na dół, prawa się nie zmieniają. W dzisiejszym świecie cham występuje wszędzie: w mundurze, w sutannie, we fraku; w szkole, na katedrze, w redakcji, na scenie. Szkoda wyliczać, cała kultura na naszych oczach chamieje. Lecz jeśli cham jest chamem i nim pozostaje, znaczy to, że instytucje które swą obecnością naznaczył, nie zdołały w nim chamstwa dostrzec, wywlec, ośmieszyć i zgładzić. Dziennikarska brać ma swój w tym udział, choć może nieskora jest to przyznać. Grzech ciężki naszej prasy nie bierze się z publikowanych kłamstw, pyskówek i manipulacji; ma raczej swe źródło w kardynalnej zmianie funkcji słowa pisanego: od kształcenia przez myślenie, do rozrywki przez podniecenie. Reguły rynku są w tej kwestii nikłym usprawiedliwieniem.
Rozsądne wydaje się oczekiwanie, by dziennikarskie środowisko wpierw usunęło belkę z własnego oka. Zasłonięte, nie spełni pokładanych w nim nadziei. Próżno szukać ewangelicznych mądrości w postępowaniu żurnalistów; w zamian otrzymujemy, pełne zgryzot, narzekania oraz poszukiwania kozła na ofiarę, która niechybnie złożona zostać musi. To mnie (i podejrzewam, innych) nie dziwi. Głupota jest nagminna, a lenistwo do bardziej powszechnych należy. Łatwiej szusować po powierzchni, niż schodzić do pieczar problemu. Zadziwia mnie co innego, a mianowicie to ludzkie unisono, które rozlega się w umysłach wielu tak wyraźnie, że każdy na nie głuchy, uznany bywa za szaleńca. Sam siebie nieszczęśnik pyta, czy zdrów jeszcze na umyśle, wobec tak zgodnego chóru krajanów…
Pewien aktor (Linda) zaprzestał wykonywania zawodu, bodaj na rok, z powodu wrogich komentarzy w internecie na temat jego skromnej osoby. Ekstremum? Bynajmniej. Newsweek donosi, iż “gwiazda siatkówki odchodzi z kadry po kampanii oszczerstw w internecie”. Okładka krzyczy twarzą ‘zlinczowanej’, a w środku całkiem pokaźny artykulik o tym strasznym procederze, uprawianym w przestrzeni, której fizycznie nie ma. Czytamy o przypadkach ‘linczowania w sieci’, dostając częstokroć literalne jego zapisy, jaśniejące elokwencją w doborze inwektyw. Światła dziennikarka nie waha się udzielić im prasowych łamów, po czym pisze: “Nigdy nie wiadomo, który z obrzydliwych epitetów ugodzi tak mocno, że przylepi się do człowieka i zacznie pęcznieć w nieświadomości jak ropiejąca rana. Na każdego można znaleźć haka, każdego jakieś na pozór niewinne słowo może zwalić z nóg. (…) Za takie słowa [obelgi pod adresem zmarłego ojca] internauta powinien dostać w mordę, powinien przewrócić się na bruk ze złamanym nosem i gorzko pożałować tego, co napisał. (…) ['linczowani' dziennikarze] zgodnie twierdzą, że takie wpisy nie robią na nich wrażenia, przyzwyczaili się, dają radę. Ale wybaczcie, koledzy, nie wierzę wam. Bo nawet my, wasi przyjaciele, kiedy je czytamy, na moment wstrzymujemy oddech.”
Karmieni od wieków ludzkim szaleństwem, w pierwszym odruchu gotowi jesteśmy uznać tak wyłuszczone racje. Linczowani-linczujący, niewinni-winni, bezbronni-atakujący, etc. Wszystko poczyna się zmieniać, gdy zaangażujemy rozum i ducha w naturalnym dla człowieka stopniu, znaczy się w ‘większym’. Rozum domaga się rzeczywistości, a duch – prawdy. Ten pierwszy mógłby wskazać, iż internetowe komentarze podobne są obelżywościom wypisywanym na budynkach. Skłonnym przypuszczać, iż mało jest niewiast wrażliwych na nieprawdę o ich profesji, rozpowszechnianą na blokowych klatkach i murach. Możemy porzucić wszelkie analogie i wprost dotknąć rzeczywistości: wszystkie komentarze, strony i portale to jedynki i zera ustawione w odpowiedniej kolejności, zajmujące trochę pamięci, fizycznie w postaci ułamka dysku twardego. Wszystko można skasować paroma kliknięciami albo wyjąć wtyczkę. By pogodzić te proste fakty z monumentalizmem reakcji, które one wywołują, trzeba odwołać się do ducha. Każdy ‘zlinczowany’ dba jedynie o wycinek globalnej sieci. Zwykle ten, który zawiera zaimki ‘mój, moja’, lub ten, który ma renomę i wykazuje duże liczby w statystykach. Tam się ważą losy straceńców. Zaimki najprędzej wskazują drogę do celu – problemem staje się moje dobre imię, moja strona, mój artykuł, moja godność, moje samopoczucie. Kilka obelg, lecz one potrafią zaatakować wszystko to razem wzięte! Jaka jest zatem kondycja ducha, którego byt tak kruchy się zdaje? Dlaczego epitet przyprawia o “ropiejącą ranę”, dlaczego “zwala z nóg”? Nikt się nie skłania do odpowiedzi na te pytania, bo na horyzoncie majaczy potężniejsze od nich, w prostocie swej boleśniejsze: kim ja jestem? W duchu wszyscy dobrze znamy odpowiedź i na to, a co ciekawe, każdy ma swoją – własną. Nie chcemy wszakże doświadczać pytania, z którym wielokroć patrzyliśmy na gruzowiska odpowiedzi.
Duch domaga się prawdy. Według niego zapytajmy wszystkich ‘linczowanych’ – czym wasz wróg was godzi, jakim mieczem walczy? Zabiera wam godność? Honor? Ludzkie uznanie? Przynosi tym hańbę i pognębienie? Zapewne tu leży jego władza i powód waszego poddaństwa. Bo nauczono was, że musicie być w ludzkim świecie lubiani i szanowani, a wasze imię musi znaczyć wiele. Dla was powstały ‘honor’, ‘godność’ i ‘dobre imię’. Nie znajdujecie życia poza innymi, poza ludzkim konceptem wcielonym w życie, wasze życie. Ten obłęd stworzony dla was i przez was, będzie trwał na wieki albo pryśnie w jednym odblasku świadomości. Ta władza leży u waszych stóp. Nikt nigdy nie ‘zlinczował’ nikogo. Daliście się ‘zlinczować’. Podano wam narkotyk, by kontrolować was za pstryknięciem palca. Czyż efekty nie są zadowalające? Każda akcja spowoduje waszą reakcję, a zgorzknienie, łzy i ból zabierzecie do grobu. Czego się spodziewaliście, tańcząc jak małpy w cyrkowym układzie? Dlaczego nie potraficie zrozumieć, że wasze wołania o pomoc i litość, posiewem nowej agresji się stają? I tak odwieczne koło się zamyka, w którym gnębieni, gnębiącymi się stają. Wake up!" bebrez
[2009-08-30 11:05:06]
komentarz: "słaby kadr" / odpowiedż: "przecież to reprterka" / wniosek: Nie ma złych kardów w reporterce...
[2009-08-27 21:22:31]
"Zobacz okruch spadającej gwiazdy, co wypadła Bogu z kieszeni" Zbigniew Smoczek.
Rozmarzyłeś nam się Panie Boże... Z głową w chmurach... nogi wyciągnąłeś sobie wysoko... i nawet nie widzisz, że skarby wysypują Ci się z kieszeni... A maluczcy na Ziemi... patrzą... oniemieli w zachwycie...
[2009-08-26 14:17:10]
b.proszę o wyjaśnienie, co oznacza "." w komentarzach... Mnie się to Kojarzy z szybami okiennymi, które dawno myte nie były... To chyba robota much...
[2009-08-25 11:21:50]
hmmm role jakby się odwróciły....
[2009-08-24 22:01:40]
wziąć mogliby lożę na lonże: "[2009-08-24 19:07:38] generalnie, mogli by się wziąźć za przegrabienie zdjęć na plfoto.... "
[2009-08-24 11:58:45]
Jest Taki Chłopak na plkoto/
Mówię Wam, To Szczere Złoto/
Przytuli, pocieszy, rozbawi do łez/
A inicjały Jego: PS :)))
[2009-08-23 21:36:28]
"Piszę ten wiersz na klawiaturze serca. Jestem tylko ubogim krewnym, tych, co pisali przede mną..." Zbigniew Smoczek …. Puk puk… puk puk… czaaaas… puk puk… puk puk… czas... Czas upływający, umykający czas… Czas wystukujący na klawiaturze serca rytm życia… Czas odmierzający jego uderzeniami nasze przebudzenia i usypiania, nasze sny i jawę… troski, radości, łzy i uśmiechy… Czas, który w pierwszej chwili naszego życia, nastawia jego budzik… cyk cyk cyk cyk… z każdą chwilą odejmuje nam przyszłych doświadczeń… z każdą chwilą jest nas coraz mniej…. Rytm rytm rytm… czas uparcie uderza w klawisze… Głosów, szeptów… mniej mniej mniej… Gdzieś w kąciku serca, zwinięte w kłębuszek, śpią tęsknoty… pragnienia… wplatane innym dźwiękiem w ten stukot… Niech ktoś dotknie… przebudzi… pozwól - pianisto życia - przemienić je w motyle… Oby ciągle nam towarzyszyły… niech nam ich nie ubywa, niech czas nam ich nie odbiera… Niech nie więdną, nie odchodzą...Czasie nasz, nie maluj nam zieleni na żółto… nie zmieniaj jej nam w jesień… Dzyń dzyń dzyń… dzyń dzyń dzyń....... Dzięki P. za ten piękny obraz... e.
[2009-08-23 21:21:15]
Czy widzieliście, jak dotykane opuszkami słońca zachodu… poruszane falą trzciny… zmieniają się w dziesiątki maleńkich tęcz… Zobaczcie…
[2009-08-22 21:02:58]
.... dla mnie wszystkie te techniki są czarną magią. Nic z tego nie kapuję i kapować nie chcę. Mnie sprawia radość robienie fotek, nie ich przerabianie. Znajduję przyjemność w łazikowaniu, patrzeniu, podziwianiu - takich maleńkich, maleńkich, ulotnych chwil. Takich moich zachwyceń... tycich, tycich... I to, że mogę te moje oczarowania zatrzymać... Utrwalić, coś, co zaledwie mgnieniem, co jedynie maleńkim okruchem, pyłem w całym kosmosie piękna... I mieć to, móc wrócić do tej rosy, łąki, lasu, kwiatu, wschodu i zachodu słońca, którego już nie ma... Wrócić i przypomnieć sobie to uczucie... uczucie oszołomienia urodą.... Takie świeże - za każdym razem.... Nie - kłamane, nie - wymuszane, nie - udawane, prawdziwe... To daje mi coś - na kształt - mikro eksplozji szczęścia... rozjaśnia... To, że widzę, odbieram, że nasze światy się przenikają, przeplatają, tworząc jakiś anielski warkocz porozumienia, "łączności"... na innym niż ziemski poziomie... Moje to... ze światłem... wierszem gadanie... Tym jest dla mnie szkiełko aparatu... Ale podziwiam ludzi, którzy potrafią upiększać świat... Tyle tylko, że mnie ślęczenie przy kompie , nie daje niestety tego wszystkiego, o czym mówiłam ... Raczej znużenie, zmęczenie... Tak myślę, bo w końcu znamy się na tyle, na ile się sprawdziliśmy, a ja, jak już wspomniałam, w tym się nie szukałam... Uśmiech dla Ciebie P. ewa
[2009-08-16 22:43:32]
Szczęśliwym jesteś człowiekiem… jeśli śnisz na jawie…. :))) i to tak barwnie, tak wonnie, jasno tak… :)))
[2009-08-16 22:15:19]
"Są ze sobą: z miłości/ z nienawiści/ dlatego że są niepewni/ dlatego że są zbyt pewni/ przez grzeczność/ przez dziesięć lat/ przez trzy tygodnie/ ze strachu/ z wygody/ z poczucia obowiązku/ z braku poczucia obowiązku/ Zapominają tylko o sobie/ bez przyczyny" E. Zechenter-Spławińska
[2009-08-16 10:16:50]
...nie boli, jeśli się nie tęskni...jest stanem ducha, który zabiera do wewnątrz, rysuje nasze kontury, po czym wypełnia je kolorami... Tęsknota te barwy przyprawia szarością, bledną w jednych miejscach, w innych w czerń przechodzą... Zarys się rozmywa, traci swój kształt...
[2009-08-14 11:13:44]
http://www.youtube.com/watch?v=U-YLZB7jeIQ&feature=related
[2009-08-13 07:52:08]
http://www.youtube.com/watch?v=nakaE1bANZU
[2009-08-13 01:25:14]
jakie to szczęście, ze misjonarze są wśród nas... Inaczej to stadko owieczek błądziłoby ślepe i głuche po manowcach wiedzy.. w niewiedzy
[2009-08-13 01:24:35]
że tak sobie parafrazuję słowa pewnej pięknej piosenki H.Kunickej: o gwiazdo s k r o m n o ś c i nie zagiń we mgle, o gwiazdo skromności słyszysz wołam cię... I dotknij niektórych blaskiem twym...
[2009-08-10 22:16:43]
błyskawica rozświetla mroki... fascynując nas - jednocześnie trwoży...
[2009-08-10 22:12:58]
a kanonady nie milkną...
[2009-08-09 10:07:31]
Windows dressing
[2009-08-08 21:56:33]
http://ada2008.wrzuta.pl/audio/8O2kBxawmAR/01._song_o_ciszy
[2009-08-08 13:27:37]
List do.... : .... jesteś Dobrą Wróżką – Ty , nie ja. Ja cóż…. Taki sobie zwykły, baaardzo zwykły szaraczek, który jeśli… już cokolwiek robi - jest to - co najwyżej, ledwie poprawne( o ile jest )… Myśli moje, słowa - też ubogimi są… Wielką była jedynie moja tęsknota…. I to akurat potrafię zrozumieć….Teraz pozostał jeno smutek i żal…. Tak masz rację, jeśli rozumiemy się bez słów, to słowa zaszkodzić nam nie mogą… Są wtedy szatą - w którą możemy ubrać uczucia, emocje, potrzeby, wdzięczność, sympatię… - wszystko to, co widzimy w czyichś oczach, co czujemy kiedy myślimy o kimś… Są pięknym instrumentem - jeśli ich muzyka ma swoje źródło w tych jasnych, czystych zakamarkach naszej duszy… Kiedy zaczyna im przygrywać ciemna strona złości, nienawiści, zazdrości, Z A D U F A N I A, podłości… Stają się narzędziem kata… I nie rozumiem, dlaczego niektórzy zaczynają od gilotyny….szyderstwa, upokorzenia, dezawuowania … I po co, po co trawią tyle czasu na ciągłe ostrzenie jej noża… Jest po drodze, tyle stanów pośrednich… tyle nut i tonów… Można grać nie raniąc, nie stawiając zasieków… można…. Można ?... Ściskam Cię I. ewa
[2009-08-05 23:38:49]
z obserwatorium na uboczu plkoto: przyjaciół należy odświeżać... starzy śniedzieją... nowi są zawsze z połyskiem... hmmm chyba tak zdobywa się duże ich grono....
[2009-08-04 21:02:25]
żródło dwóch poniższych tekstów: http://www.pinezka.pl/opowiadania/2938-znikando / http://www.pinezka.pl/felietony/3583-gdzie-mozna-znalezc-wczorajszy-dzien
[2009-07-29 22:01:32]
Letni poranek. Słońce wychyla się zza chmur. Leżę na łóżku i patrzę w okno. Na wysokości parapetu widać zieloną miotełkę lipy, która rośnie przed blokiem. Wodzę wzrokiem za miarowo kołyszącymi się na wietrze gałązkami. "Trzeba wstać – myślę – zacząć kolejny dzień".
No, może i trzeba, ale po co? Zamykam oczy i w zakamarkach mózgu szukam "powodu", który gdzieś mi się zagubił. Powodu, żeby wstać, wykonać rutynowe poranne czynności, zaplanować rzeczy do zrobienia, zwyczajnie zmierzyć się z życiem. Przeszukuję zwoje mózgowe – tu są obowiązki, tu codzienne troski, z tej strony parę myśli związanych z radością, z tyłu siedzą różne lęki i strachy. A gdzie są motywacje? Nie ma? Niemożliwe, zawsze było ich pełno, a teraz nie ma po nich śladu?
Przyglądam się temu czemuś, co wypełnia mi czaszkę – kłąb pofałdowanej, szarawej masy, nic imponującego. Aż trudno uwierzyć, że to "coś" determinuje, jak funkcjonuje mój organizm, i stanowi o tym, jakim jestem człowiekiem. Kora mózgowa, istota biała, móżdżek, szyszynka, ciało migdałowate, płaty czołowe, skroniowe – przypominam sobie marniutkie wiadomości z lekcji biologii. W którym miejscu powinnam szukać motywacji do życia?
Naukowcy podzielili mózg na różne rejony i określili, który rejon mózgu, za co odpowiada, jednak w dalszym ciągu więcej jest pytań, aniżeli odpowiedzi. Człowiek bada kosmos, chociaż dokładnie nie poznał organu, którym się posługuje w tych badaniach. Biochemia mózgu, neurofizjologia, neurony, neurotransmitery – wszystkie te określenia służą opisaniu tego, co dzieje się w mózgu. Tylko że wciąż więcej jest pytań, hipotez, domysłów, teorii, aniżeli empirycznie potwierdzonej wiedzy.
Jestem jednak pewna, że w tym przypadku brak wiedzy nie ma nic do rzeczy. Przed laty moja wiedza o mnie samej nie była większa, wprost przeciwnie, a wszystko dawało się łatwiej poukładać. Pod równo przyciętą grzywką na swoich miejscach były umieszczone moje cele, plany życiowe, obowiązki, marzenia. Rano szybko wyskakiwałam z łóżka, bo dzień był za krótki na to, co miałam do zrobienia. Nie miałam czasu zastanawiać się nad różnymi rzeczami, bo moje życie było wypełnione działaniem aż po same brzegi. Moja refleksyjna natura podrzucała mi czasami jakieś dziwne pytanie, wątpliwości, ale nie skupiałam się na tym. Biegłam przed siebie ledwie dotykając ziemi i łapałam Pana Boga za nogi.
Czasami przeliczyłam się z możliwościami i boleśnie doświadczałam, jak twarda jest ziemia. Jednak szybko się podnosiłam, otrzepywałam ubranko, rozmasowywałam bolące miejsca i byłam gotowa iść dalej.
Kiedy to się zmieniło? Co się stało, że nie jestem już taka? Zmęczenie materiału? A może dopiero teraz funkcjonuję jak należy? Mądry człowiek powiedział: "myślę, więc jestem". A przecież ja dopiero teraz skupiam się na myśleniu, żyję bardziej świadomie. Mądrzeję? Jeśli tak, to ta mądrość gorzko mi smakuje. Wcześniej moje myśli były niczym motyle, barwne, wirujące, nadlatywały różnokolorową chmarą i zanim się im dokładniej przyjrzałam, już gdzieś znikały. Teraz moje myśli przypominają ćmy, krążą monotonie wokół mojej głowy jak wokół lampy. To, że mnożą się z nadejściem nocy i nie dają się odpędzić, jeszcze uwiarygodnia to porównanie. Nie są już tak barwne, porywające, ale za to nieustępliwie namolne, więc nie sposób się nimi nie zająć. Przyglądam się im z uwagą i uczę się dzielenia włosa na czworo.
Czasami pytam sama siebie, po co to robię, do czego mi to potrzebne? Jednak nie zależy mi bardzo na odpowiedzi. Polubiłam te myślowe zapasy-wygibasy i dobrze się z nimi czuję. Tylko czemu coraz częściej mi smutno?
Jednego jestem pewna, chciałabym wiedzieć – gdzie można znaleźć wczorajszy dzień? Gdybym znała odpowiedź, gdyby to było możliwe, chętnie wróciłabym w przeszłość. Zostawiłabym wszystko, co wiem i co mam, aby przez szczelinę w czasie wskoczyć w swoje dawne życie. Życie, w którym lekko biegłam przed siebie. Wiatr rozwiewał mi włosy, jak gałązki lipki za oknem, a ja byłam równie zielona i młoda jak ona.
[2009-07-28 08:09:15]
Co się dzieje z ludźmi, gdy tracimy ich z oczu? Jak bardzo są sobą, gdy spotykamy ich ponownie? Czy znikając za wzniesieniem, odprowadzani naszym wzrokiem, zmieniają się w miraż, mgiełkę ledwo uchwytną zmysłami, przyczajają się pod kamieniem lub zmieniają w powoli sunącą w kierunku horyzontu chmurę? Dzwonią czasem albo piszą, albo migną za szybą tramwaju – oni wewnątrz, my na zewnątrz lub na odwrót – ale czy naprawdę istnieją? Na ile procent? Są ograniczonymi sobą, takimi, którzy dopiero się staną, gdy los ich znowu z nami zetknie? A jeśli się zmienią, to na czyje konto – zmieniając się zmieniają siebie, czy też zmieniają nas, nasze ich postrzeganie?
A to, co pomiędzy? Czy zmienia się przez lata i ewoluuje wraz z zasobem słów i możliwościami poruszania się po świecie? Czy pozostaje zamrożone w swoich pierwotnych kształtach, niedostępne już, jak eksponat pod nietłukącym szkłem?
Trudno powiedzieć, że znaliśmy się od piaskownicy. W piaskownicy można przeżuwać kamienie, wyrywać zabłąkane źdźbła trawy, robić przekopki albo nabawić się zapalenia pęcherza, ale czy się kogoś poznaje? Owszem, ci inni, których przerośnięte matki przyprowadzają do tego wiecznie za małego kojca z piaskiem, są rzeczywiście "inni" niż cała reszta. Uciekają szybciej niż błyskające czasem pancerzykami żuczki, które wystarczy przewrócić na grzbiet, by sześć bezradnych nóżek marnowało czas i energię w nieskończoność. Inni niż wiecznie nieruchome, i wiecznie sprawdzane pod względem trwałości, obmurowanie piaskownicy. Bardziej do nas podobni, a jednak zupełnie różni – to jednak jest konkluzja z lat późniejszych, gdy czas nie rozgrywa się w teraźniejszości, lecz wiąże bezlitośnie z przeszłością i planami, wyznaczającymi horyzont zdarzeń. Wówczas, w piaskownicy – spotykamy się z nimi, ale nie poznajemy.
Był niepoważnym chłopcem, zupełnie innym niż ja. On odwracając żuczki nie troszczył się o nie dalej. Nie wystarczało mu, że matka załamywała ręce nad tym, że jadł garściami piasek, jak gdyby jego żołądek był hutą szkła na dorobku – nie wystarczyło mu nawet, gdy rozchorował się od tego ciężko. Cóż to za eksperyment, którego nie można powtórzyć? Więc powtarzał, mimo złych doświadczeń, bo doświadczenia są wszystkim, co ma się w tym wieku – lamenty matek zaś – niczym.
Ja byłem inny – odwracałem na powrót wszystkie nonszalancko smażące się na słońcu żuczki, które tym różniły się od bywalców plaż – tak samo przecież piaszczystych – że wcale nie chciały się smażyć. On o tym nie myślał, ja też nie – a jednak jeden z nas zapewniał im przymusową rozrywkę, zaś drugi od niej uwalniał. Nie jadłem piasku, nie smakował mi. Wystarczyło mi doświadczenie z niewielką połową niewielkiej garści, bym przekonał się, że są rzeczy dużo smaczniejsze.
Potem zaczęliśmy się poznawać, coraz lepiej. Każdy z nas miał swoje problemy w szkole, ale w domu dzieliły nas trzy minuty dziecięcym kłusem (cztery i pół, jeśli któryś się wywrócił i rozbił jakąś część ciała), więc spędzaliśmy ze sobą czas, włócząc się i zwiedzając wszelkie możliwe zakamarki. Większość z nich mnie nie zachwycała – śmierdziały albo były brudne, co jego oczywiście wprawiało w ekstazę – u niego każda wyprawa kończyła się dopiero w momencie, gdy zaczynał następną, do nieodłącznych części wyprawy należały także zbyt późne powroty do domu i matczyne załamywanie rąk lub ojcowska "męska rozmowa" obfitująca w obnoszone później siniaki. Nie powiem, moje wyprawy też czasem miewały reperkusje, ale między jedną a drugą ekspedycją roztaczały się przerwy – wypełniane obficie zwykłą samotnością, książkami a później muzyką.
Musiał być gdzieś ten moment – tylko jak go szukać, skoro człowiek dowiaduje się o nim kilka lat za późno – w którym znaliśmy się najlepiej. Czy był to ten moment, gdy wystąpił z "bandy", bo ja do niej nie pasowałem? A może wtedy, gdy skakaliśmy z huśtawek, kto dalej i on – nie znając umiaru – oczywiście wygrał, a ja wiedziałem, że wygra, choć nie mogłem przewidzieć, że zapłaci za to dwoma miesiącami gipsu? Może jeszcze jakiś inny moment, gdy jeden z nas zauważył głowę drugiego, wystającą z wrażego okopu, których zawsze było pod dostatkiem w okolicy, i, zamiast przywalić w ten wrogi czerep zrazu przygotowanym, nadgryzionym, kwaśnym jabłkiem, wstrzymał się – bardziej odruchowo niż celowo, bo nie chciał, by tego drugiego bolało? Nie wiem i nigdy się już tego nie dowiem. Tyle razy uciekaliśmy z ukradkiem obrabowywanych ogródków, unosząc i gubiąc za sobą kwaśne porzeczki, tyle razy kryliśmy się w koronach zdziczałych jabłoni, tyle razy byliśmy poszukiwani przez zjednoczone komando całej czwórki rodziców. Tyle było okazji, by stwierdzić – już się lepiej nie poznamy, jesteśmy bardziej ze sobą, niż kiedykolwiek przedtem i później. To "później", niepewna, metafizyczna kategoria sprawia najwięcej problemów. Jak je przewidzieć?
Znikanie było oczywiście powolne. Najpierw skończyła się wspólna szkoła, każdy z nas dojeżdżał w inne miejsce. Potem skurczyło się podwórko, droga na boisko szkolne nie była już wyprawą, nie dało się tam nie dotrzeć, jak to się już zdarzało, bo ścieżka tam wiodąca była długa i kręcona, tak, że czasem lądowało się w zupełnie innym miejscu, z całkowicie innej strony, choć przysięgłoby się, że obrany azymut nie różnił się od tego, który zwykle skutkował dotarciem na boisko. Ale potem było coraz gorzej. W końcu widzieliśmy boisko z okien – było blisko, co najwyżej o trzy minuty od pomysłu, poprzez założenie butów, porwanie jabłka, zabrania piłki aż do osiągnięcia celu. Mało.
Pojawili się też inni ludzie. Kiedy się patrzy na świat z poziomu podłogi a później kosza na śmieci, a później kuchennej szafki, a później nawet parapetu, ludzie dzielą się na tych, których spostrzegasz i na tych, którzy majaczą w górze. Kiedy patrzysz na świat z pozycji nastolatka, albo – co gorsza – dorosłego, ludzie przestają się tak prosto, dychotomicznie, dzielić. Są ci, którzy dorównują ci wzrostem bądź są trochę wyżsi, lub trochę niżsi. Stają się podobni do siebie i jest ich nieporównanie więcej. I przede wszystkim są wszędzie. Mówią, piszą, dyskutują, pojawiają się w zasięgu wzroku, ubierają się i wyglądają. Pachną lub śmierdzą. Patrzą lub się wgapiają. I nieustająco są wszędzie.
Przedtem, gdy stałem w kolejce po coś, zaaferowany zadaniem, którym zostałem obdarzony, byłem pomijany przez sprzedawczynie, bo mnie nie widziały – ich wzrok był zawieszony wyżej. Ci z dorosłych, którzy z jakiś przyczyn patrzyli na ziemię – w poszukiwaniu drobnych lub karaluchów obecnych w sklepach w liczbie niejednokroć przewyższającej liczbę klientów, ci którzy gapili się na swoje buty niewesoło szacując czas, jaki im pozostał zanim trzeba się będzie postarać o następne kartki na ten deficytowy towar, ci wreszcie, którzy byli zakłopotani lub zafrasowani i po prostu patrzyli w ziemię – ci czasem mnie zauważali, ale najczęściej oczekiwali, że ta dorosła osoba przed nimi w kolejce ujmie mnie za rękę i zabierze ze sobą; zazwyczaj nie dopuszczali myśli, że ja też tam stoję po coś, że powtarzam sobie w myśli, że mam kupić masło, a gdyby nie było, to margarynę słoneczną, a gdyby nie było, to koniecznie się zapytać kiedy będzie. Dorośli patrzą wyżej – i widzą więcej ludzi. Myśmy powoli wyrastali i przestawaliśmy widzieć się nawzajem, zaczęliśmy widywać innych częściej niż siebie.
Nieuchronnie oczywiście przyszło zainteresowanie dziewczynami. Spośród wszystkich osób widywanych codziennie, one sunęły nad chodnikiem. Oglądały się lub myśmy się za nimi oglądali. Jak dziwne kwiaty, wyrastały wszędzie, choć kilka chwil wcześniej jeszcze ich tam nie było; zadziwiające, co może uczynić kilkanaście centymetrów różnicy – kiedy patrzy się z poziomu parapetu jeszcze ich nie ma. A potem patrzy się z nieco wyższej wysokości – i już są. I to w dodatku wszędzie. Pojawiają się nawet w snach, dotychczas okupowanych przez wizje nawiązujące do obejrzanych programów, spędzonych na zewnątrz chwil lub też snach mielących na miazgę to wszystko i odsłaniających alternatywne – nierzadko przerażające – rzeczywistości, które na szczęście znikały nad ranem, pozostawiając po sobie dyskretną mgiełkę doświadczenia bez desygnatu.
Ale potem się to zmienia i te dziwne kwiaty są wszędzie, pojawiają się na huśtawkach i na chodnikach, w szkole gromadzą się w grupy i, rozmawiając obcym językiem, poruszają się dziwnymi trajektoriami, jak tajemnicze wielonogie stworzenia. Ze zdumieniem i przerażeniem obserwuje się próby nawiązania porozumienia między nami a nimi – my, chłopcy, zawsze byliśmy, one dopiero co się pojawiły, jak spod ziemi, z tymi swoimi twarzyczkami i nogami – wyglądają znajomo, ale nie są znajome. Niektórym chłopakom udaje się nawiązać jakąś nić porozumienia i od tamtej chwili już ich nie ma – do końca życia będą nawiązywać i rozwiązywać nitki, skupieni na tym jak pająki na tkaniu pajęczyny.
Więc kiedy pojawiło się także to, ten magnes obcy, nasze spotykanie się prawie zanikło. Dzieliły nas teraz dwie klatki schodowe, odległość prawie nie do przebycia – mnóstwo metrów i w dodatku nie po drodze. Te trzy minuty skurczyły się do dwóch, po półtorej minuty biegiem, ale dystans do przebycia drastycznie się zwiększył. Czasem ja do niego, czasem on do mnie, spotykaliśmy się, ale u mnie ktoś siedział – dlaczego ktoś śmiał siedzieć u mnie, bez niego? – i jemu było głupio, albo on akurat wyszedł – jak mógł, jak w ogóle potrafił wyjść beze mnie? – i nie było go w domu. Trochę różne mieliśmy problemy, więc czasem pomagaliśmy sobie nawzajem, poza tym cały czas działał most, z którego przez długi czas nie zdawaliśmy sobie przecież sprawy – działał cały czas ponad naszymi głowami: powiedz cioci, że...; pożycz od cioci kilka... To nas jeszcze trzymało.
Kiedy zniknął, nie zdałem sobie z tego sprawy. Tyle rzeczy działo się dookoła. Co i rusz ktoś znikał, ktoś się pojawiał. Poza tym byli ludzie, z którymi się dogadywałem – lepiej lub gorzej (zazwyczaj gorzej), ale byli. Codziennie, nie od święta. On – był tuż obok, ale nie widziałem go czasem i miesiąc; bez straty. Ja też zniknąłem, choć takie odkrycia czyni się dopiero po latach. I już, nie było nas, fotografie okazywały się być kłamliwe, nie było powiązania, nie było nitek, wszystko zostało zamrożone i umarło – dlatego fotografie zawsze kłamią – zatrzymują teraźniejszość, która nie jest teraźniejszością.
A potem potem potem, wiele lat później, przypadkiem wpadłem na niego wychodząc ze sklepu lub wchodząc do niego, natknąłem się i z tej dorosłej twarzy, wciąż pozostającej na poziomie mojej twarzy, to zadziwiające, odtworzyłem tamtą, już zapomnianą, uchwyconą na zdjęciach tylko. Niewątpliwie.
Stanęliśmy naprzeciw siebie, milcząc przez chwilę, jak milczy się przed lustrem, jakby każdy z nas z osobna wiedział, że właściwie stoimy przed lustrem, bo ja mogę odbić jego, on może odbić mnie, choć te odbicia są już dawno nieaktualne, i któryś z nas po ułamku sekundy, gdy już do woli poprzeglądaliśmy się w tych oczach na poziomie oczu, zapytał co tam i jak w ogóle.
Co tam i jak w ogóle? W głowie galopująca przez pustkowia pustka na nieosiodłanej pustce. A na czym żeśmy stanęli? Na przeżutej mrówce, co się wydarzyło od czasu, gdy ją pogryzłem i połknąłem? Na złamanej ręce, jakie zdarzenia miały miejsce od czasu, gdy podpisałem się na jego gipsie? Na pożyczce dwudziestu złotych, której wielkodusznie mi udzielił, choć sam zostawał bez grosza, jak się życie potoczyło od tamtego momentu? Co się stało od tamtego wtorku, gdy próbowałem z całym przekonaniem swoich dziewięciu lat udowodnić mu, że ułamki mają sens, czemu on, z pewnością dziewięciolatka, uparcie zaprzeczał?
Niewiele. Chyba wydarzyło się niewiele, dawny przyjacielu, zapomniany przez lata na raty, po kawałku. Wydaje mi się... Jestem prawie pewien, że... Tak, chyba od tamtego czasu nic się właściwie ważnego nie wydarzyło.
[2009-07-07 21:56:32]
"Nazywam się Milijon - bo za milijony Kocham i cierpię katusze".... wielki come back pinokia....
[2009-04-08 00:06:41]
"Któregoś roku - czy to ważne - na statku, który toczy śmierć, piliśmy długo, nieuważnie... - I jeszcze raz... I jeszcze ćwierć... A siedział tam Zabójczy Eryk, i doktor był, i koty dwa, starszy mechanik, gwiazdy cztery, zielona noc, i George, i ja. Gdy słońce wzeszło (Kicz? Poemat?) i blady księżyc poszedł w kąt, ktoś nagle zaczął na ten temat: "Co będzie, kiedy będzie ląd ?" Ach, każdy setkę miał idei! Ach, każdy się do czynu rwał! I wypatrywał brzegu, kei... - Wszystkiego, co tam w domu miał. Eryk założy kram z lodami. Doktor - szpitalik pośród kniej. Pan Jerzy - bordel gdzieś w Miami. Ja - cichą przystań w puszczy złej. Będziemy chodzić na zające, będziemy w święta dzieci chrzcić, i tylko czasem ręce drżące przypomną, jak to mogło być. Mijają sierpnie, grudnie, wrześnie, Pan Bozia rzeźbi twarze nam, i nagle - co to ? Choć tak wcześnie, znów się spotyka skład ten sam. Płyną za nami słowa rzewne, żegna nas dom spojrzeniem tkliwym, a my - znów w drogę. Na niepewne. Po oceanie nieżyczliwym. Więc znów siadamy, jak należy, nieładni trochę. Starsi ciut, i każdy, kto w alkohol wierzy, do szklanki wrzuca serca lód. I nagle - jakby nam się śniło, odpływa lądu piach i mech, i na pytanie : " Jak tam było? " milczy się tylko : "Et...", lub "Ech..." Cóż ci Atlantyk zrobić może? - Tyle, co biedna strachu ćma... To tylko CZŁOWIEK, książę stworzeń - ten ci, kochanie, baty da. Cóż ten Atlantyk ci zabierze - Kobietę, honor, wielką grę? Tyle, co wiatru za kołnierzem, tyle ci zła ocean śle. Na Atlantyku braknie hecy, czasami nawet szczęścia brak, lecz ci nie wsadzi noża w plecy żaden ocean. Człowiek - tak. Nikt ci nie powie tutaj : jazda od dziś - na morzu nowy ład. I najchłodniejsza nawet gwiazda nie patrzy tak, jak on - twój brat. Więc choćbyś wypił oceany, nie będziesz taki chodził struty, jak kiedy człowiek ukochany da ci wychylić łyk cykuty. Czy pan się dziwi, kapitanie, czy pan też widział takie słońca, co zanim spłyną na posłanie, już widzi się początek końca? Więc choć na lądzie kwitną krzewy, wracamy tu ze wszystkich stron, cóż, że nad nami mkną - nie mewy, lecz stada zwykłych czarnych wron. (Te wrony to jest metafora. Niepokój wroni. Złudzeń brak. Nad ranem, w lustrze - twarz potwora. Sztorm nie zawinił. Ludzie - tak)"